Pani Paulina, która już od kwadransa przerzucała klocki drewniane pomiędzy nićmi, rozsnutemi na poduszce, przerywając rozmowę mężczyzn o mularzu i deskach na podłogę, zapytała o Romana:
— Gdzież Romek? czy śpi jeszcze? Codzień przychodzi o tej porze i pije ze mną kawę.
Może spał jeszcze, bo Stefan, o piątej zrana idąc do gospodarstwa, widział przez drzwi niedomknięte światło, palące się jeszcze w jego pokoju. Chorym jednak nie był, tylko zapewne przez całą noc pisał, bo przed udaniem się do swego pokoju zachodził do Stefana i prosił go o kilka kopert rozmiarów różnych, których, jak mówił, nie miał z sobą.
Irena postawiła przed wujem małą tacę z chlebem, serem i wędliną. Potem wzięła klucze, leżące przy samowarze, i wyszła z pokoju.
Deszcz padał coraz większy, dzwonił po szybach i ściekał po nich strugami wody. Siedzące przy stole osoby przestały na chwilę rozmawiać, w ciszy, przerywanej tylko szelestem kartek, przewracanych przez Bronię, dało się słyszeć szybkie zbieganie ze schodów.
— Romek idzie! — zawołała Bronia.
Wszedł i, prędko przybliżywszy się do stołu, pocałował stryjenkę w rękę, stryja w ramię; Stefanowi i Domuntowi ręce uścisnął.
— Dzień dobry, dzień dobry! — wołała do niego Bronia z kąta pokoju.
— Dzień dobry, myszce — odpowiedział.
— I Czuwajowi także? — zagadnęła dziewczynka.