— O, ten, także wyższy, kotku, także człowiek wyższy, choć mniej od brata, bo, co tu robić, nie tak wysoko jeszcze stanął... Górnikiem jest, coś tam kopie w górach Uralskich.

Roman wspomniał o spotkaniu swojem z Marcelim Domuntem i zapytał o Kazimierza.

— Ten w Kaniówce siedzi tymczasem. Katastrofa go spotkała, o której pewno sam ci opowie. Wszakże się z nim zobaczysz...

— Niezawodnie. Roman z uciechą myślał, że się tu spotka z dwoma ulubionymi towarzyszami pierwszych lat życia. Czy Domuntówny nie powychodziły za mąż?

— Żadna... ach, ach, ach, żadna dotąd nie wyszła... — westchnęła pani Paulina.

— Chyba za kogutów, kotku — głośno zaśmiał się stary Darnowski — chyba za kogutów wyjśćby mogły!

— Dlaczego?

Nikt nie odpowiedział. On pytał dalej o osoby rozmaite, stosownie jak mu do pamięci przychodziły, a raczej wracały. Wtem spostrzegł, że Bronia patrzyła na niego znowu tak samo, jak w ogrodzie, gdy zapytywał o znaczenie dźwięków, wydawanych przez kosę ostrzoną, o nazwę ługu i derkaczy. Ładne, wesołe dziecko patrzyło na niego z trochę komicznem zdziwieniem i z mnóstwem uśmieszków, biegających po ustach, oczach, policzkach i tuż tuż mających zlać się w wybuch śmiechu niepodobny do powstrzymania. Jemu także, patrząc na nią, śmiać się zachciało. „Ten dzieciak najwyraźniej wyśmiewa się ze mnie w duchu! No, proszę! Co jej się we mnie wydaje takiem śmiesznem?”

Ale myśli te przerwał mu cichuteńki szept pani Pauliny. Korzystając z nowego zawiązania się rozmowy ogólnej i odwołania przez nią uwagi obecnych, prawie do samego ucha mu zaszeptała:

— Bohdan Rosnowski stara się o Irusię... ach, ach, ach! jak ja tego pragnę... Taka partja... to szczęście dla niej!