— Ależ nie! — odpowiedział — bądź pod tym względem zupełnie spokojny. Ojciec od dość dawna już spłacił swoje długi. Nie były one zresztą wielkiemi, a przyczyna, dla których je zaciągnął był niegdyś, napełnia mię zawsze dla niego wdzięcznością i szacunkiem wielkim, które mię uszczęśliwiają...

— Dziękuję ci, Stefanie — ze wzruszeniem wyrzekł Roman.

— Co do Darnówki, ta całkowicie należy do nas tak, jak dawniej i jest majątkiem nie dużym, ale i nie małym...

— Więc dlaczegóż? dlaczegóż... taka praca, taki sposób życia?... — nie mogąc opanować się, zapytał Roman.

Stefan uśmiechnął się.

— Dobrze, że niema tu tej swawolnicy Bronki...

— Bo znowu wyjechałby na stół Australczyk. Istotnie: pytam i pytam! Cóż chcesz? Tak długo, tak bardzo byłem oddalony...

— Ja zaś, aby odpowiedzieć na zapytania twoje, musiałbym zaczynać od potopu. Nie jestem pewny, czyby cię to nie znudziło i wątpię, aby się na cokolwiek przydało. U naszej szlachty zagrodowej jest przysłowie: „Każdy ptak podług swego nosa śpiewa”. Bardzo mądre. Co do mnie, nie podjąłbym się przerabiać szczygłów na czyże, albo tam cokolwiek w tym rodzaju...

— Znajdujesz więc, że pieśń twoja i moja są tak bardzo różnemi?

— Radykalnie. Przekonasz się zapewne o tem, gdy przez czas jakiś u nas zabawisz. Ale tymczasem dobrej nocy ci życzę. Wolisz może lampę, niż świecę? Zaraz ci ją zapalę. Jutro zobaczymy się zaledwie około wieczora, bo bardzo wcześnie pojadę do jednego z folwarków, które budujemy, a potem na łąkę dość oddaloną...