Przy jednym ze stołów, okrytych papierami, zaczęli przeglądać jakieś rachunki i, pogrążyli się w tem zajęciu całkowicie. Łatwo było odgadnąć, że przedmiot, któremu się oddawali, był dla obu bardzo ważnym i zajmującym. Stefan, od samego przybycia ożywiony i swobodny, teraz poweselał jeszcze więcej. Domunt znowu wydawał się pełnym energji i ochoty do tego, co tylko jemu i Stefanowi było wiadomem. W obejściu się jego ze Stefanem, obok poufności przyjacielskiej, był odcień uszanowania. Roman przypatrywał się i słuchał, ale chwilami uwagę jego odciągało od rozmawiających przyjaciół coś, co odrazu nazwał ptakiem błękitnym. Była to piosnka, dochodząca z dołu, nucona przez głos kobiecy świeży i czysty. Któś, zapewne na ganku domu, nucił, on łowił uchem nutę piosnki i porównywał ją do ptaka błękitnego, który od kwiatów, rosnących na dole wzbijał się ku gałęziom wiązu, poruszającym się w górze, za otwartem oknem. Gdy nucenie milkło, słuchał znowu rozmowy Stefana z Domuntem, aż kiedy przerwali ją na chwilę, wstał z krzesła i zbliżył się do dwu przyjaciół.
— Moi drodzy — rzekł — bądźcie łaskawi wtajemniczyć mię w swoją magję. Bo tu jest jakaś magja. Rozmawiacie o płotach, piecach, krowach, koniach, dodajecie i mnożycie cyferki malutkie, a macie miny ludzi, zdejmujących gwiazdy z nieba.
— Albo łapiących za ogon miljon — zaśmia się Domunt.
— O czem właściwie rozmawiacie i co was tak żywo zajmuje!
— Ani gwiazda, ani miljon — odpowiedział Stefan. Rzecz niezmiernie prosta. Kaźmierz bierze od nas w dzierżawę jeden z folwarków, które wykroiliśmy z Darnówki.
Roman z osłupieniem spojrzał na Domunta.
— Ty, Kaziu, masz być dzierżawcą małego folwarku, ty, taki dawniej ambitny i wysoko patrzący.
— A któż ci powiedział, że teraz nie patrzę wysoko? — z żywością przerwał Domunt.
— Ależ to być musi folwarczek bardzo mały!
— Mały, odpowiedział Stefan, jednak dziesięć razy przynajmniej większy od posiadłości naszych chłopów.