— Zmieniasz zajęcia... sposób, doradzany przez hygjenę.
Szli ku domowi. Domunt popatrzał na towarzysza.
— Zdaje mi się — rzekł — że trochę ironizujesz. Czuję to w głosie twoim. Nie obrażam się wcale, ale pożałuj samego siebie i przestań głupstwa myśleć...
— Mnie bo się zdaje — z żywością odparł Roman — że to ty... że to wy głupstwo robicie. Bo po co ci taka robota? Czy nie jesteś w stanie nająć jednego robotnika więcej?
— Prawdę mówiąc — odpowiedział Domunt — położenie moje jest takiem, że każdy grosz oszczędzony, choćby najmniejszy, stanowi rzecz ważną. Kaźmirówkę biorę w dzierżawę za pieniądze, pożyczone od matki. Ale gdyby i nie to, powiedz mi z łaski swojej, dlaczego właściwie nie mam pracować w ten właśnie sposób? Dlaczego? no, pomyśl tylko i powiedz: dlaczego?
— Ależ tu wcale i myśleć niema potrzeby! Poprostu dlatego, że sposobiłeś się do czego innego, że jesteś człowiekiem oświeconym, wyższym...
Po małem podwórku rozległ się śmiech Domunta, lecz nie wesoły tak, jak przedtem, owszem, goryczą ostrą zaprawiony.
— Wyższym! ja jestem człowiekiem wyższym!
Pochwycił rękę Romana.
— Ach, Romku, chyba ty sobie żartujesz ze mnie! Nie żartowałeś? Wierzę, ale nigdy już nie dotykaj we mnie tej struny, która milknie, kiedy piłuję, lub coś podobnego robię, ale gdy się odezwie, stu djabłów chciałbym spiłować, aby ją tylko zagłuszyć. Moja wyższość! Dajże pokój! Od kogo ja mam być wyższym? Zdaje się, że niema takiego robaka...