W pokoju pstro, ale na nas pstrocizny żadnej nie ma, o, nie! Żałoba narodowa. Suknie czarne, ozdoby z dżetu lub polerowanej i kunsztownie wyrabianej stali. Włosów tylko cała gama: od kruczoczarnych, przez różne odcienie złota, do jasnych jak len.
Zrazu duży był gwarek głosów. Oglądanie materii, chwalenie, ganienie, narady, zwrócone do mnie zapytania.
— Ile ich uszyć mamy?
Krótko, lecz z dumą odpowiadam:
— Sto.
Aż krzyknęły:
— Tak wiele!
— Daleko więcej trzeba. Części tylko podjęłam się za siebie i za was.
— Ano dobrze! Zrobi się! Szkoda nawet, że nie więcej. Zawiniemy się i dzień, dwa, trzy...
— Tydzień, dwa! — reflektuje Klemunia.