Mówiąc o miłości, rzucił spojrzenie na Rozalię, która żartobliwie zauważyła:
— Szwagier mój jest wogóle nieprzyjacielem zbytków wszelkich...
Wiktor obrócił się do brata i w twarz mu popatrzał.
— Co? Ty nieprzyjacielem zbytków? Ex-artysta? Nie wierzę! A co wyrabiałeś w Monachium, a? pamiętasz? Ale o tem teraz mówić nie wolno.
Filuternie spojrzał na Sabinę, która zmieszała się ogromnie. Zenon trochę spochmurniał, ale, usiłując dostroić się do tonu brata, żartobliwie odpowiedział:
— Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. To są dawne historye, a od lat już wielu...
— Od lat już wielu zostałeś trapistą!10 cha, cha, cha!
Śmiejąc się, objął ramieniem szyję brata i ucałował go w oba policzki. Przytem mówił:
— O, ty mój kochany trapisto!
Obiad był już skończony, ale Sabina, jak zwykle bywało z nią przy gościach, zapomniała o daniu znaku do wstania od stołu. Miała głowę tak napełnioną tem, co gość zjadł, je i jeść będzie, a rozmowa nieco gwarniejsza tak mąciła jej myśli, — że we wszelkich wypadkach podobnych byłaby do wieczora przesiadywała przy stole, gdyby w dawaniu owego znaku nie wyręczała jej Rozalia. Wyręczyła też i teraz ze znakiem porozumienia, rzuconym ku siostrze, wstając z krzesła.