— Oj! nie idź tam... nie idź...
Z przestrachem na nią spojrzał.
— Czemu? — zapytał.
Ona, nie ruszając się z miejsca, trzęsła się teraz, jak w febrze i, ręce łamiąc, nieprzytomnie mówiła:
— Oj, co ja zrobię? co ja zrobię? co z tego będzie? Kiedy pociemku pójdziesz, to nastąpisz i zadusisz, a kiedy ze światłem pójdziesz... to zobaczysz i mnie zaraz wypędzisz... Co mnie tu nieszczęśliwej robić? Co z tego będzie? O, Jezu! O, Panno Marjo Przenajświętsza, ratujcie mnie nieszczęśliwą!
Przerażony, z ręką na klamce drzwi, pytać zaczął:
— Z czego co będzie? Na kogo ja tam nastąpię? Kto tam taki w sieniach?
Obu rękoma twarz zakryła i ze spazmatycznym płaczem wyrzuciła głośno wyraz:
— Dziecko!
Przez parę minut, jak skamieniały, jak do miejsca przykuty, z pochyloną twarzą i grubemi fałdami na czole, przy drzwiach stał, aż zwolna ku stołowi postąpił, lampkę wziął i również powoli do sieni z nią wyszedł.