— Mileńki — zauważył Paweł.
— Ale biednieńki, taki chudzieńki...
— Już teraz nie taki... troszkę poprawił się.
— Ale! nad syrotoju Boh z kaletoju!
Przysłowiem tą część rozmowy swojej z Pawłem zakończyła Awdocia, ale widocznem było, że o czemś jeszcze, daleko ważniejszem, pomówić z nim chciała. Od blasku powietrza mrużącemi się oczyma na niego patrzała i z brodą, na obu dłoniach opartą, ciszej jeszcze zauważyła:
— A Franka ogród kopie?...
— Kopie! — z zadowoleniem odpowiedział Paweł — cały ogród skopała. I wszystko robi: gotuje, krowę doi, szmaty pierze... chleb piecze... już tak jej jest przykazane.
— Ty przykazujesz?
— A ja. Codzień ranieńko ją budzę, pacierze z sobą mówić każę, a potem do wszelkiej roboty gnam. Tylko po wodę do rzeki nie przykazuję, bo do tego ona już nie silna... ale do czego tylko silna, to i musi robić...
— A słuchaż ona ciebie?