— Jezuż mój! Jezu! Jezu!
Niewiadomo było, czy wołanie o prom słyszał, lub czy dźwięk jakikolwiek mógłby mu w tej chwili przedrzeć się do świadomości i na świat zewnętrzny wydobyć duszę, pogrążoną w jakiejś głębokiej topieli.
Tylko powolnym ruchem ręki wyżej nieco na czole czapkę podniósł, i wtedy dopiero dojrzeć było można, że patrzał na drogę, po polu wijącą się i aż pod daleki ciemny skłon chmur uciekającą.
Od rzeki na górę powoli i z przytłumionym przez wilgoć turkotem wjeżdżała parokonna bryczka; w tej samej chwili z za węgła Koźlukowej chaty wyszedł Filip. Dla pośpiechu widać naokoło płotka, rozdzielającego ogród, nie obszedł, lecz, przestąpiwszy go z łatwością, puste zagony kilku szerokiemi krokami przebył i przed Pawłem stanął.
— Dziewier! — przemówił — nie gniewaj się na nas, bądź łaskaw, ale my teraz uradnika przez rzekę przewozili i wszystko jemu powiedzieli.
Z trudnością widoczną głos z piersi dobywając, Paweł zapytał:
— A cóż wy takiego jemu powiedzieli?
Filip głowę trochę pochylił i rękę do włosów podniósł.
— A że Franka gdzieściś podziała się, i już tydzień, jak jej w chacie niema... — zcicha powiedział.
Paweł głowę podniósł, i z pod daszka czapki oczy mu błysnęły ostro, popędliwie.