— Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
Teraz mówił:
— Boże, bądź miłościw jej grzesznej!
I powtórzył to wiele razy coraz głośniejszym, żarliwym szeptem i coraz silniej pięścią o pierś uderzając.
Potem umilkł i tak ucichł, jakby go wcale w chacie nie było.
Nazajutrz o świcie, Awdocia, obudziwszy się, zobaczyła przez drzwi otwarte Pawła, zajętego w sieni pilną jakąś robotą. Ku glinianej podłodze nachylony, z silnem poruszeniem ramion coś lepił, czy miesił.
Zerwawszy się z ławki, pobiegła i zobaczyła, że istotnie mieszał on mokrą glinę z mnóstwem nałowionych w lesie nadrzecznych motylków, jacicą zwanych, i lepił z niej wielkie żółte kule. Wiedziała dobrze, do czego kule te służyć mają. Rzucone w wodę rozsypują po niej roje motylich trupów, ku którym zbiegają się gromady ryb.
Wiedząc o tem, zadziwiła się jednak:
— Na ryby pójdziesz? — zapytała.
— A jakże! woda dziś dobra — odpowiedział.