Cały kwadrans potem, już przy świetle lampki, męczył się nad zlaniem w dźwięk jeden tylu pojedyńczych dźwięków, aż nagle, z gwałtownem poruszeniem na ławie całego ciała wykrzyknął:
— Chrześć...
A po kilku jeszcze minutach przeczytał cały wyraz:
— Chrześcijanie.
Napełniło go to takiem zadowoleniem, że ze spoconego czoła poznikały mu wszystkie zmarszczki, a oczy, od książki na chwilę oderwane, świeciły znowu bystrym, pogodnym, jak u dziecka, niewinnym błękitem.
W ten sposób spędzał potem prawie wszystkie zimowe wieczory. Przeczytał już, co to adwent, co suche dni, kiedy Kościół zakazuje ślubów i wesel małżeńskich, przeczytał o powinnościach względem Boga, bliźnich, samego siebie i zaczynał właśnie rozdział, traktujący o Sakramentach Świętych, kiedy do izby wsunęła się Awdocia.
Było to już przy końcu stycznia; Paweł, przez sześć tygodni ośm stronic przesylabizowawszy, zaczynał już czytać po wierzchu.
Pamiętał dobrze, jak nieraz znudzona i zniecierpliwiona Franka nad głową mu krzyczała:
— Po wierzchu czytaj! no, czytajże już, durniu, po wierzchu!
A kiedy on w żaden sposób rozkazu tego spełnić nie mógł, książkę mu z rąk wyrywała i z wielkiem poczuciem własnej wyższości, które w niej nieco znudzenie i zniecierpliwienie tłumiło, jak to się po wierzchu czyta, pokazywała.