— Jakże się nazywają wasi rodzice? spytała raz jeszcze Stasia, której litość i zajęcie wzrastały.
— Kuderscy, odpowiedziały dzieci jednogłośnie.
Stasia stanęła jakby piorunem rażona.
— Kuderscy! szepnęła do siebie; mój Boże, ależ oni wcale biedni nie są! Jak można tak zaniedbywać własne dzieci!
Poszła dalej ze smutkiem i oburzeniem na twarzy; dzieci szły obok przypatrując się jej ciekawie.
— Więc po jakież lekarstwo idziecie do apteki, skoro doktor nie widział waszej chorej siostry? spytała znowu Stasia po chwili.
— Żona stróża który pilnuje domu poradziła ziółka, i idziemy ich kupić w aptece za dwa złote cośmy dziś od ojca dostali, odpowiedziała dziewczynka.
W tej chwili doszli do bramy jednej z większych kamienic; Stasia uprzejmie skinęła głową dzieciom, i już wejść miała w bramę, gdy nagle zwróciła się raz jeszcze do dziewczynki.
— Jak ci na imię mała? wyrzekła miękkim głosem, i pogłaskała ją po twarzy.
— Michasia, odparło dziecię.