— Ktoby to przychodził? rzekła Stasia; nie spodziewam się dziś żadnej wizyty. A ty Polciu?
— Ani ja; zresztą któś tak cicho i nieśmiele zadzwonił...
Zaledwie zamienili z sobą te wyrazy, gdy otworzyły się powoli drzwi przedpokoju, i na progu stanęła Michasia w swojej poplamionej sukience, podartych trzewikach i pomiętym słomianym kapelusiku.
Stanęła w progu i nie śmiała postąpić dalej; ręce opuściła na suknią, bladą twarzyczkę pochyliła nizko, a na jasnych długich jej rzęsach drgały łzy.
Stasia powstała z kanapki zdziwiona, ale zawsze z uśmiechem; oddała dziecię piastunce, która ukazała się we drzwiach sypialni, i zbliżyła się do dziewczynki.
— Co chcesz moja mała? spytała łagodnie, biorąc ją za rękę. Czy przyszłaś mię odwiedzić? Jakże się dowiedziałaś, gdzie mieszkam? Polciu, dodała zwracając się do męża, to córka p. Apolonji Kuderskiej; poznajomiłyśmy się wypadkiem na ulicy.
Pan Paweł ze zdziwieniem patrzał na ubogą odzież i smutną minę córki p. Apolonji, którą spotykał we wszystkich wyborowych towarzystwach miasta i widywał nieraz rozdającą obfite jałmużny ubogim pod kościołem lub na ulicy. Michasia zaś ośmielona słodkim głosem Stasi i uściśnieniem jej ręki, podniosła na nią smutne załzawione oczy, i rzekła cicho:
— Pani była taka dobra dla mnie, spotkawszy na ulicy; pani mnie pocałowała... Ja tego nigdy nie zapomnę... Pani mi się śniła kilka razy. Oto przyszłam teraz do pani... bo mię serce boli.
Stasia ze współczuciem patrzała na dziewczynkę.
— I czegóż cię tak serduszko boli, moja droga? spytała pieszczotliwie, prowadząc ją za rękę do kanapki.