Po pięknym profilu Wandy przemknął wyraz rozrzewnienia.
— Cicho Andziu, rzekła, dłoń przesuwając po włosach dzieciny — nie mów tak wiele; doktór zabronił ci wiele mówić...
Ale dziecko nie zważało na tę słodką przestrogę, i mówiło dalej:
— Kiedy pierwszy raz obudziłam się tutaj, a spałam chyba długo... długo...
— Nie spałaś, moje dziecię, aleś była w gorączce, przerwała jej Wanda.
— Nie wiem pani; ale zdawało mi się żem spała i gdym się obudziła, a zobaczyła ten śliczny pokój, kwiatki przy mojem łóżeczku, i poczuła że koło mnie tak cicho, spokojnie, byłam pewna że mię już Bozia do siebie zabrała, i że jestem w niebie... I tak mi było dobrze, — tak dobrze... żałowałam tylko mego biednego ojca, który na świecie został... Michasi i braciszków... ale... ale...
Uśmiechnęła się do Wandy uśmiechem pełnym promieni i dokończyła:
— Ale gdym ciebie pani zobaczyła w tej białej sukience, zdało mi się, że twoje włosy to promienie, i że ty sama jesteś jednym z tych aniołów Bożych, które w niebie noszą, całują i pocieszają biedne, chore jak ja dzieci... A kiedyś mię wzięła na ręce i pocałowała w czoło, to już nie żałowałam ani ojca, ani Michasi, ani braciszków, i pokochałam cię — tak pokochałam... bardzo...
Poniosła rękę Wandy do ust bladych, i okrywała ją, pocałunkami.
— Wando! ozwał się znowu głos pani Rodowskiej, nie pozwalaj Andzi tak wiele mówić, bo może znowu dostać gorączki.