— Ależ to okropne! dla czegoż więc... Boże mój... dla czego? dla czego?...
XX
W sypialnym pokoju, u okna wpół przysłoniętego zieloną sukienną sztorą, siedziała Anastazja. Przed nią na stoliku stało lustro, w którem odbijała się twarz jej wychudła, bledsza jeszcze niż zwykle, od zielonego odblasku jaki nań rzucała zasłona u okna. Dnia tego jednak dziwna jakaś odmiana zaszła w całej postaci nieszczęśliwej kobiety. Zamiast codziennej wełnianej bluzy miała ona na sobie jedwabny szlafroczek popielatego koloru, widocznie w lepszych dla niej a dość dawnych sporządzony czasach — bo krój miał staroświecki, i stał się zbyt szerokim na jej wyniszczoną postać. Zżółkła od nieużywania koronka otaczała wyschłą szyję; takież mankiety opadały na białe o kościstych palcach i wydatnych żyłach ręce. Ręce te Anastazja trzymała podniesione ku głowie, zaplatając i fryzując ogromne swe czarne włosy, które niesplecione jeszcze z tyłu głowy, opadały za poręcz fotelu zwieszając się końcami aż na podłogę.
Po bladych i wązkich ustach Anastazji błądził dziwny uśmiech, wykrzywiający je raczej niż zdobiący; zapadłe jej czarne oczy błyszczały gorączkowo.
Za fotelem i trochę z boku, stała służąca Tekla nadając głowie swej kierunek taki, aby twarz jej nie mogła być widzianą w lustrze przez strojącą się kobietę. W szarych oczach Tekli błyszczała z trudnością pokrywana ironja, a z ruchu jej pucołowatych rumianych policzków znać było, że z trudnością wstrzymywała się od zbyt widocznego uśmiechu.
— Teklo, ozwała się Anastazja, wszak ja dziś lepiej wyglądam? nieprawdaż?
— O, pani dziś ślicznie wygląda! odparła sługa z nagięciem głosu, w którym drżała chytrość i uniżoność. Odkąd jestem u pani, to jest od lat czterech blizko, nie widziałam pani tak dobrze jak dziś wyglądającej. Zapewne pani czuje się zdrowszą?
Anastazja okręciła wkoło głowy gruby warkocz, i odwracając się nieco do sługi spytała:
— Teklo! czy dobrze mi z tym warkoczem?
— Doskonale! zawołała sługa; doprawdy nie poznaję dziś pani! niech pani jeszcze ułoży włosy nad czołem!