— Wszak widuję męża pani w towarzystwach.
Słowa te piorunujący wpływ wywarły na Anastazję; wyprostowała się, oczy jej silniej jeszcze błysnęły, i zawołała porywczo:
— W towarzystwach! i w jakichże towarzystwach pani go widujesz?
Zdawałoby się, że Apolonja nie spostrzegła niezmiernego wzruszenia kobiety, z którą rozmawiała, bo odrzekła tym samym tonem słodyczy i niewinności.
— Mieszka tu w X. pewna dość majętna wdowa z córką jedynaczką. Jestto panna bardzo piękna i niezmiernie zalotna, płocha, słowem sławna bałamutka i pociągająca najczęściej ludzi żonatych. U niejto mąż pani bywa codziennie.
Gdy Apolonja to mówiła, Anastazja opadła na poręcz fotelu całym ciężarem swego wpółbezwładnego ciała, i zdawało się że cała reszta krwi jaka jeszcze krążyła w jej żyłach, rzuciła się do jej twarzy — tak nagły a szkarłatny rumieniec zalał pomarszczone czoło jej i zwiędłe policzki. Obok tego, wargi jej zbladły i trzęsły się, a palce ze zdwojoną gwałtownością szarpały suknię.
Apolonja wpiła w nią wzrok zjadliwej słodyczy, i zwolna, zcicha, tonem który coraz więcej w ubolewanie przechodził, mówiła dalej:
— Tak, tak kochana pani; świat ten zepsuty i coraz więcej zapomina o prawach Pana Boga! Ta panna o której mówię wiele już poróżniła małżeństw, wielu mężów odciągnęła od żon nieszczęśliwych...
Anastazja podczas tych słów zdawała się z całej siły mocować z sobą; nagle podniosła głowę i rzekła:
— Bądź pani pewna, że pannie tej nie uda się uczynić tego z moim mężem. Pani go nie znasz: to człowiek uczciwy i pełen honoru, i pewno dla żadnej zalotnicy nie opuści nieszczęśliwej kobiety, której winien opiekę i pomoc.