Odjadę zaraz, i wspomnienie o tobie, o pięknej duszy twojej, o twojem zacnem życiu powiodę z sobą nazawsze czyste i światłe. Teraz uczyń mi pani jednę tylko łaskę...

Wanda patrzyła na niego wzrokiem zapytania.

— Na ostatnie i nieodwołalne pożegnanie, rzekł August, zagraj mi pani jednę z tych pieśni, które niegdyś rozpoczęły sen nasz wzajemny o sobie, i były potem snu tego ozdobą... niech ją raz jeszcze posłyszę...

Po chwili w jednym z salonów Wanda grała, a August słuchał jej muzyki, myśląc może o owych chwilach wieczornych, w których przed laty ścigał uchem te same tony, okiem szukając śród mroku ulicy, błyszczącego u góry okna pierwszego piętra...

W kwadrans potem Augusta nie było już w pałacu. W furtce ogrodowej stała Wanda cała oblana światłem księżycowem; czoło na dłoń opuściła, po twarzy jej ciche i rzęsiste płynęły łzy. Zdala dochodził do niej znikający coraz odgłos dzwonka pocztowego, oddalał się coraz bardziej, aż umilkł całkiem zgłuszony przestrzenią. Wanda dumała jeszcze, i nie wiedziała może sama jak długo tak stała — nieruchoma i cicho płacząca. Nagle poczuła czyjąć rękę zwolna i łagodnie obejmującą jej kibić! Odwróciła się i zobaczyła obok siebie Edwarda. Twarz męża Wandy powleczona była łagodną powagą i wzruszeniem. Popatrzył na nią chwilę, i niosąc rękę jej do ust, rzekł:

— Wiem że był tu August. Spotkałem go o parę wiorst od domu...

I otworzył przed żoną objęcia. Wanda rzuciła się w jego ramiona.

— Edwardzie! zawołała, przebacz żem płakała! on taki nieszczęśliwy!

Łagodną i pieszczącą dłoń przesunął po czole jej i miękkich włosach.

— Wando moja, wyrzekł po chwili, alboż te łzy twoje obrażać mię mogą? alboż nie byłem sam świadkiem waszej chwilowej i poetycznej miłości? alboż nie wiem, że przeszłość nie przechodzi nigdy bezkarnie, i że prędzej lub później przychodzą od niej do człowieka wspomnienia, które choć na chwilę zamglą mu oczy i zachmurzą czoło żałością?