Twarz sztywnego i zimnego człowieka mniej była niż zwykle obojętną, bo pąsowy promień ślizgając się po jego kształtnych arystokratycznych ustach, oświecał na nich ukrywany wyraz delikatnej ironji.
Ironja ta pojawiła się wtedy gdy śliczna ręka pani Olimpji zamigotała mu przed oczami świetnym soliterem pierścienia, albo gdy oczy jego zawisły na pięknych szmaragdach broszy jej i kolców.
Widocznie brylant i szmaragdy posiadały tajemniczą jakąś własność wywoływania na usta jego ironji; z oczu jego było widać, że patrzył na klejnoty te jak na dobrych swych znajomych; a gdy na nie popatrzył chwilę, przenosił spojrzenie na pana Spirydjona, jakby znowu między świetnemi ozdobami toalety pięknej pani a jej adoratorem upatrywał jakąś niewidzialną dla innych łącznicę.
Nie mięszał się wcale do otaczających go zewsząd rozmów; wyraźnie rozmawiał z własnemi myślami, które mówiły mu o klejnotach pani Olimpji i przypominały mu zarazem pewną starą kobietę o rozumnych oczach i zacnem obliczu, z której rąk niedawno jego ręce wzięły staroświecko oprawne szmaragdy i pierścień z soliterem, i niebawem oddały je w ręce bogatego żyda jubilera.
Nic nie mogło być prostszego nad to, że pani Rostowiecka nabyła cenne przedmioty, za jego pośrednictwem sprzedane przez panię Starowolską, i ustrojona w nie siedziała teraz w obec swych gości, piękna jak bogini a dumna jak królowa.
Zapewne, nic nie mogło być prostszego nad to; a jednak pan Edward uśmiechał się ironicznie, ile razy promienie djamentów uderzyły wzrok jego, i wraz potem rozumne a przenikliwe, lubo obojętne swe oczy przenosił na pana Spirydjona.
Nikt nie zauważył tej gry fizjonomji bogatego pana, bo była ona pokryta najwytworniejszą grzecznością i najsztywniejszym chłodem; a przytem pan Gaczycki znany był powszechnie jako człowiek więcej milczący niż mówiący, i bardzo często z ironją poglądający na ludzi — lubo nikt inny prócz niego do ironji tej nie widział powodu.
Rozmowy w salonie to wzmagały się w gwar głośny, to ucichały chwilami, jak zwykle bywa w towarzystwie złożonem z kilku oddzielnych kółek, z których każde na swoją rękę prowadzi konwersację. W jednej z chwil w których wszyscy rozmawiali ciszej albo wcale nie rozmawiali, młoda panna, siostrzenica zielonej damy, dotąd chodząca po salonie z kawalerem, który miał minę starającego się o jej rękę, stanęła przed Stasią Rumiańską i zapytała:
— Czy dawno pani widziałaś się z Wandzią Rodowską? od wieków jej nie widziałam, i tęskno mi za nią. Dla czego jej tu dziś niema? czyżby nie była zaproszona przez panią Rostowieckę?
— Owszem — rzekła Stasia, na której twarzy pojawiło się trochę zakłopotania; ale nie dała jej dokończyć pani Apolonja, która siedząc w pobliżu usłyszała pytanie panny.