Siedząca w pobliżu stara panna o długiej twarzy i czerwonym nosie, poprawiła się na fotelu przy tych wyrazach, i nic nie mówiąc kiwnęła energicznie głową na znak potwierdzenia. Ale dama w zielonej sukni, ciotka panny Ludwiki, ozwała się.
— Dajcie państwo pokój tej biednej Wandzi; mnie się zdaje że ona nie jest tak lekkomyślną jak sądzicie. To tylko pozory! a serce ma dobre.
Tu stara panna poprawiła się na fotelu, i nic nie mówiąc pokręciła energicznie głową na znak przeczenia — a rumiany Ignaś siedzący między piecem i fortepjanem westchnął znowu, że aż drgnęła poblizka portjera, i pokiwał głową na znak twierdzenia.
Stasia podczas tej rozmowy rumieńszą się stała niż róża w jej włosach kwitnąca, a panna Ludwika wzruszyła ramionami i rzekła:
— Co do mnie, kocham Wandę, i nie wiem za co ludzie tak się uwzięli na nią.
— Niech mię Bóg broni i strzeże od obmowy albo odbierania sławy bliźniemu, tembardziej tej ślicznej i dobrej Wandziulce, którą na własnem ręku nosiłam — wyrzekła pełnym żalu głosem pani Apolonja; ale pocóż się tak naraża, i kompromituje? Bałamucić żonatego człowieka! to grzech i obraza Pana Boga. Wczoraj zaczęłam odmawiać godzinki do Przemienienia Pańskiego, i będę siedm Piątków pościła na intencję, aby Bóg natchnął ją swoją łaską świętą, i nie oddawał na zagubę tej miłej istoty!
— O wilku mowa, a wilk tuż! zawołała amarantowa dama wychylając głowę przez otwarte okno; mówimy o Wandzi Rodowskiej, a ona właśnie przechodzi ulicą!
Kilka osób rzuciło się na te słowa do okien. Ruch ten zwrócił uwagę gospodyni domu, i osób najbliżej niej siedzących. Powstawali też z miejsc, i wyjrzeli na ulicę.
Przeciwległym chodnikiem szła Wanda z matką swą wspartą na jej ramieniu. Obok dwóch kobiet postępował August Przybycki. Wracali znać wszyscy troje z zamiejskiej przechadzki, bo pani Rodowska niosła w ręku wielki pęk polnych kwiatów, i na słomkowym kapeluszu Wandy błękitniało kilka świeżo zerwanych bławatków do białej przypiętych wstęgi. Delikatne policzki pięknej panny barwiły się lekkim rumieńcem zmęczenia, ale nie zdawała się w tej chwili chcieć liczyć gwiazdy, jak się wyrażały o niej znajome jej panie, tylko całą uwagę swą zwracała na powoli i z trudnością idącą matkę, podtrzymując jej słabe kroki, i prowadząc ją wygodniejszą nieco do przebycia stroną chodnika.
August szedł obok poważny, lubo dziwne jakieś promienienie, niby duma z wewnątrz płynąca, otaczało bladą twarz jego. Ale promienienie to było spokojne, a gesta z jakiemi opowiadał o czemś swym towarzyszkom, pełne głębokiego uszanowania, czci nieledwie. Pani Rodowska z wyraźną przyjemnością i uśmiechem na bladych dobrych ustach, słuchała rozmowy toczącej się między córką jej a młodym człowiekiem; Wanda zaś wspierając i ochraniając od niewygodnych przejść matkę, patrzyła przed siebie swemi przezroczystemi oczami śmiało i spokojnie. Oczy te zdawały się być mniej marzące jak dawniej; przebijała się w nich zato jakaś myśl światła i piękna, która płynęła zapewne z rozmowy wiedzionej w tej chwili z Augustem.