Klon zaś, nie zważając na przerwę prawił dalej:

— I kiedy topole sieją po świecie takie mnóstwo puchu, że ziemia nim na szerokich przestrzeniach okryta jak śniegiem, wtedy to trzeba widzieć, jaka to robota, jaki gwar, trzepot, skakanina, wyścig dzióbków, które z kotkami i puszkami do mnie się zlatują. Mam tego wówczas mnóstwo! Teraz wróbli tylko trochę, kilka rodzin makolągwich i ot, dziś właśnie para gilów na zimę przyleciała; gniazda jeszcze nie ma i przytulona do siebie na gałęzi śpi.

— Nie śpi, — zaprzeczyłem — i nawet jest czegoś przelękniona. Dwie czerwone główki wysunęły się z pod liści i w trwodze obracają się na wszystkie strony. Ale i w gniazdach ruch i pisk! Co im grozi?

— Ej, nic wcale! Wiewiórka, która w tym roku zamieszkała u samego szczytu mego, machnęła może kitą, lub głośno rozgryzła łupinę orzecha.

To mówiąc, ostrożnie, uważnie, rozchylił kilka gałęzi najwyższych i na jednej z nich spostrzegłem istotnie stworzenie z szerścią tak gorąco rudą, że na zmroku odbiła się plamką czerwoną. Orzechów nie gryzła wcale, tylko kitę kosmatą jak piórupusz podniósłszy, siedziała podobna do figurki, w symbol zadumania odlanej z miedzi. Klon gderać zaczął:

— A co! tak jest, jak przypuszczałem! Nie śpi jeszcze! Marzycielka i lekkomyślna! Zawszem spostrzegał, że marzycielstwo z lekkomyślnością w parze chodzi, pewno dlatego, że marzenia, jak wiatry, miotając myślami, nie pozwalają im nabywać wagi centnarowej. To też przez dzień cały skakała, jak baletnica, a teraz zamiast spać, o niebieskich migdałach duma i dzieci mi tylko straszy!

Mówiąc to, liście swe dłoniaste i wyzębioneopuszczał na gniazda, jak firanki, albo jak opiekuńcze ręce z czujnie rozpostartymi palcami. Gniazda też uciszyły się naraz, a dwie główki gile, z pomiędzy liści wyzierające, przytuliły się do siebie i zamknęły oczy. Wtedy rzekł:

— To są moje dzieci.

Po raz pierwszy oddawna uśmiechnąłem się.

— Masz ich mnóstwo!