— Fabryka — rzekłem. — Więc cóż?

— Nic osobliwego — odpowiedział klon. — Każdy wyrostek uliczny wie, co się w niej dzieje. Skwar ognia, grzmot kół, zgrzytanie żelastwa o żelastwo, lotne trucizny w powietrzu, mięśnie ludzkie wyprężone, klatki piersiowe zdyszane, twarze w zmarszczkach, ciała w pocie, dusze w niewoli. Nic osobliwego! Ale człowiek, o którym wspomniałem, wybiegł, a raczej wypadł raz stamtąd, nietylko zziajany i potem oblany, lecz w dodatku zębami szczękający. Szczękały mu zęby mniej jeszcze od febry, która trzęsła jego ciałem, niż od złości, która rozsadzała duszę. Zbuntował się przeciw pracy zbyt ciągłej, zbyt ciężkiej i — źle na tem wyszedł, bo rzadko się zdarza, aby niewolnik, który targnął się przeciw jednemu batogowi, nie popadł za to odrazu pod dwa. Tak i ten, przeciw tyrańskiej pracy powstawszy, dostał drugą jeszcze monarchinię: piekielną złość. Z za zębów szczękających przekleństwa wyrzucał, pięścią wygrażał; słowem, powiadam ci, wyglądał, jak na wszystko gotowy zbój. Szczęściem, paroksyzm febry tak podcinał mu nogi, że długo iść nie mogąc, a mnie ujrzawszy, runął jak długi u stóp moich...

Stałem wówczas w pełnej wspaniałości swego zielonego płaszcza, więc niedługo myśląc, rozpostarłem go nad tem w męce leżącem ciałem ludzkiem, tak szeroko i bacznie, że od stóp do głowy okrył go łagodny, kojący cień. Potem liśćmi, jak wachlarzami, zacząłem poruszać zwolna, cicho, tyle tylko, aby ich powiewy osuszały mu krople potu na twarzy i ochładzały rozpalone oczy. Wił się czas jakiś na trawie, jęczał i przeklinał, lecz stopniowo, w spokojnym szmerze, którym go kołysałem, uspakajał się, przycichał, aż zamknął powieki i usnął. Cicho nad śpiącym stałem, zasłaniając mu tylko opalone u ognia czoło od upalnych promieni słonecznych, a gdy spostrzegłem, że wnet się obudzi, zawołałem na swą orkiestrę, aby powracającą do jawy duszę jego powitała pieśnią, lecz niezbyt głośną, ani wesołą, bo wrzawa i wesołość są drożdżami, od których uczucie nieszczęścia wyrasta. Więc z cicha, ostrożnie ptaki moje szczebiotać zaczęły, a ja ze swej strony lałem mu w oczy moją świeżą zieloność tak obficie, aby wypłukać z nich męty bólu i gniewu. Jakoż po raz pierwszy od lat wielu, oczy te długo patrzyły w zieloną gęstwinę, gdy tymczasem szczygieł znizywał w niej na promień słońca drobne treliki, a małe mięty, cąbry, dzięcieliny, na których spoczywał, wydawały rzeźwiące wonie. Wstał potem i odszedł, lecz powraca często. Nie dalej jak wczoraj w południe przyszedł i miał, jak zwykle, usiąść na trawie, gdy biała pajęczyna, którą teraz rozwieszają na liściach moich pająki, ta wiesz? co to ją ludzie »babiem latem« nazywają, osiadła mu na całej twarzy wąsatej i ogorzałej. Zdjął jedwabistą przędzę z wąsów szorstkich, z czoła pooranego zmarszczkami, z oczu zawsze trochę posępnych — i patrząc, jak mu srebrzystą gazą oplatała rękę u ogni fabrycznych opaloną, zaśmiał się...

Umilkł klon, a ja, po chwili zamyślenia, rzekłem:

— Żem też ja nigdy biedaka tego nie spostrzegł, pod samem oknem mojem w cieniu twym odpoczywającego. Dziwna rzecz!

Kilka liści, najbliżej szyby fruwających, aż podskoczyło w górę ze śmiechu.

— Wcale nie dziwna! Wcale nie dziwna! — chichotały, ale nim zdołałem zebrać się na zapytanie, klon w zamyśleniu, chwiejąc się, zaszumiał:

— Hej, hej, gdybym chciał opowiadać o wszystkich ludziach, z którymi w przyjaźni żyłem, za miesiącbym nie skończył... Dzieci, młodzieńcy, starcy... Aha! dzieci! Opowiem tobie, jakiego figla raz spłatałem na korzyść pewnego dziecka. Dawno to już było, ale zdaje mi się, że słyszę jeszcze nieznośny wrzask jego, tam, w tym krzaku berberysowym, co to za ogrodzeniem rośnie. Matka praczka, wiecznie zziajana od pośpiechu, kładła go tam co rana, w dereczkę podartą owinąwszy, pomiędzy bylicą i zielem świętojańskiem, słusznie poniekąd mniemając, że zdrowiej mu oddychać świeżem powietrzem, niżeli parą i smrodem mydlin. Zdrowiej bo zdrowiej, pewno, ale dzieciak zamorusany, samotnością nastraszony, może przez muchy albo komary kąsany, darł się w niebogłosy, aż mi ten krzyk jego nerwy prześwidrował. A właśnie w tej samej porze inna matka, czuła, młoda i dostatnia, siadywała w cieniu moim z kolebeczką śliczną, w której śpiewaniem kołysanek melodyjnych usypiała dzieciątko różowe, umyte, w sukience jak cacko, pod kołderką, do obłoczka podobną, leżące... Szydełkiem w białych palcach połyskując, nuci bywało z cicha, a ja nad ciemnymi jej włosami szeptać zaczynam w taki sposób, aby szept mój do serca jej się dostał, wzruszył ją i do głośniejszej pieśni pobudził. »Szczęśliwaś! — szepczę, — lecz szczęście kobiece jak miłość męska zmienne i jak dziecię kruche. Może utracisz je, a może wzrastać jeszcze będzie! Trwoga jest cieniem, chodzącym za nadzieją... a wzgórze mogilne posiada kształt kolebki, tylko inną stroną zwróconej ku ziemi. Więc ciesz się i smuć zarazem, pragnij i trwóż się, »a śpiewaj tylko coraz głośniej, rzewniej, dłużej... « Błogość i melancholia, które dobywają się ze starego drzewa, gdy w zamyśleniu kołysząc gałęzie, o różnych takich rzeczach szumi, oblewały jej serce, jak woda morska perły i jak szmer w łonie konchy; obudzały w niem pieśni coraz głośniejsze, rzewniejsze, dłuższe, aż nuty ich dosięgać zaczynały tego miejsca, gdzie za płotem rósł krzak berberysowy. Tam zaś, chude maleństwo, w bylicach i zielu świętojańskiem pogrążone, głupie! brało do siebie rajską melodyę kołysanki macierzyńskiej i z czerwonem gronem berberysowych jagód w brudnych łapinach spokojnie usypiało. Tak to ja podstępnie sprawiłem, że młoda matka jednego dzieciątka — śpiewała dla dwojga.

Stał potem klon przez parę minut milcząc, ale zato kilka liści jego żółtych, wyzębionych, fertycznie podlatując w górę, przy samej szybie zaszeptało:

— Była tu raz u nas para kochanków...