— Czym to dziecko żyje, to już ja doprawdy nie wiem! — zauważyła Janowa. — Gdybym jej co dzień kawalątka mięsa nie usmażyła, to by już chyba do tego czasu z głodu umarła. A i tego jeszcze nigdy, nigdy do końca nie zje...
— Et — flegmatycznie zauważył Jan — przywyknie kiedyś, przywyknie...
— A ciągle też zimno jej i zimno... Nasze dzieci latają po dworze bose i w koszulach, a ją tu w izbie przy piecu, w tym niby to futerku, febra wciąż trzęsie...
— At — powtórzył Jan — przywyknie kiedyś...
— Pewno! — przytwierdziła Janowa — ale ot, tymczasem żal bierze patrząc... Już ja często gęsto i samowarek nastawię a herbatą ją napoję...
— Tak i trzeba — potwierdził mularz — przecież płacą nam za nią...
— Płacą, to płacą... ależ nie tyle, żebyśmy ubóstwo nasze dla niej na bogactwo odmienić mogli...
— Bo i nie potrzeba, przywyknie.
Wicek i Marylka opychali się jeszcze chlebem i zacierką. Kaśka przekomarzała się z nimi, jeść im przeszkadzając. Jan otarłszy usta rękawem koszuli począł rozpytywać się syna o szkolne jego nauki i prowadzenie się, w przyległej izdebce zapłakało kilkomiesięczne dziecię. Janowa, która misę, łyżki i pół bochna chleba ku piecowi niosła, obejrzała się na Helę.
— Idź, pokołysz Kazia i zaśpiewaj mu tam, jak to ty umiesz...