— Czernisiu!
Odwróciła się z pośpiechem pokornym i przymilonym12 uśmiechem.
— Cóż tam z naszą małą?
— Wszystko będzie wedle rozkazów pani. W łazience wanna już gotowa, Paulina kąpać będzie Helkę...
— Panienkę! — od niechcenia przerwała pani Ewelina.
— Panienkę... Ja kroję sukienkę z tego błękitnego kaszmiru, co to w komodzie...
— Wiem, wiem...
— Kazimiera pobiegła do sklepu z obuwiem, Janka posłałam do sklepu z gotową bielizną... sukienkę choć sfastryguję13 tymczasem... tylko proszę panią o koronki, wstążki i pieniądze na wszystko...
Koronek, wstążek, tiulów, gaz, kaszmirów14, atłasów pełno było w szafach i komodach napełniających sobą kilka pokojów obszernej i pięknie urządzonej willi pani Eweliny. Czernicka dość długo otwierała i zamykała szafy i szuflady, nie przestając przecież ani na chwilę ściskać w dłoni banknotu sporej wartości. Potem był w garderobie wielki gwar zażartego targowania się i kupowania; potem jeszcze spora część wyjętych z szaf i komód przedmiotów, jako też15 część wartości rozmienionego banknotu znikły w przepaścistym kufrze stanowiącym osobistą własność panny służącej. Na koniec z wypogodzoną twarzą, widocznie zadowolona zyskiem z przybycia do domu sierotki otrzymanym, pośpiesznie zaczęła ona fastrygować i szpilkami upinać naprędce sporządzoną sukienkę. Nazajutrz dopiero krawcy, szewcy i szwaczki rozpocząć mieli formalną robotę około garderoby panienki. Tymczasem zaś panienka ta wykąpana już i uczesana, lecz jeszcze w grubej koszulinie swej i z bosymi nóżkami siedziała w pokoju Czernickiej na ziemi i śród najczulszych pieszczot z Elfem zapominać zdawała się o całym świecie.
O całym świecie też zapomniała utopiona w głębokiej zadumie pani Ewelina. Zadumy tej nic już teraz nie przerywało. W obszernym salonie, świetnym od przystrajających go zwierciadeł, obrazów i pąsowych adamaszków16, panowała cisza głęboka. Przez wpółotwarte portiery widać było kilka większych i mniejszych pokojów pogrążonych również w ciszy i półcieniu. Ukośne promienie zachodzącego letniego słońca, wnikając przez szczeliny zapuszczonych żaluzji, ślizgały się tu i ówdzie po ścianach, kobiercach i złoconych ramach obrazów. Zza okien dochodziły wonie rozkwitłych róż i świegoty ptactwa, w głębi domu, w sali jadalnej, z cicha pobrzękiwały ustawiane do wieczerzy naczynia.