— To nic strasznego, kuzynie, to ludzie śpiewają...

Jeżeli w słowach jej była ironja, tak byłem zdumiony i przerażony, że tego nie spostrzegłem.

— Jacy ludzie? — zapytałem.

Najspokojniej w świecie, jakby w tem nic wcale osobliwego nie było, objaśniała:

— Mieszkańcy Krasowiec: oficjaliści, ogrodnicy i inni.

Nie mogąc jeszcze przyjść do siebie, zapytałem znowu:

— Czegoż oni wrzeszczą? tu? tak blizko ciebie, kuzynko? Czy to dziś „Dziady”, „Sobótki”, lub inny jaki obchód...

Teraz nie mogła już powściągnąć się i parsknęła śmiechem.

— Ależ nie, nie! — wołała śmiejąc się — bądź spokojnym, kuzynie! Widma z mogił dziś tu nie przylecą, ani przez ogień nikt skakać nie będzie!...

Potem znowu najspokojniej w świecie objaśniła mię, że w Krasowcach panuje dawny zwyczaj zgromadzania się w zimowe wieczory oficjalistów i służby do znajdującej się u końca domu wielkiej izby, w której jadają wieczerzę, czytają, śpiewają, gawędzą.