— Dziękuję — rzekła i także nie czekając dłużej, za szyję mię objąwszy, w czoło pocałowała. Było to niespodziane, ale zabawne i wcale nie przykre.

— Czy kochana niania codzień sama wszystkie zegarki w domu nakręca?

Rozpromieniła się jeszcze słoneczniej, od nazwy, którą jej dałem.

— A jakże! zegarki w domu potrzebne... to grunt... bez tego porządku żadnego nie ma...

I rozumnemi swemi oczyma bystro na mnie patrząc, zapytała:

— A na wielkim świecie, czy zegarki zawsze dobrze idą?

— A jakże — odpowiedziałem — trzebaż wiedzieć kiedy iść na bal, kiedy z wizytą...

— Kiedy do roboty... — żartowała.

— To... to prawie nigdy się nie zdarza...

Kiedy obejrzałem się, zobaczyłem dwie szafirowe gwiazdy, patrzące na mnie tak promiennie i z taką wdzięcznością, że byłbym za sprawienie tego po raz wtóry schwycił w objęcia kochaną nianię, gdyby w tejże chwili z drugiego końca domu nie ozwało się znowu chóralne wycie, które przez czas jakiś było umilkło. Ozwało się ono z większą jeszcze niż przedtem siłą, na nutę krakowiaka, przeraźliwie... Jak wyżeł przed chłostą pana, którego kocha i którego się boi, skurczyłem się cały, zmalałem i z błagalnem na Sewerynę wejrzeniem, z dłońmi przy uszach zajęczałem zcicha: