Uśmiechnął się po swojemu: krótko i młodzieńczo. Nadaremnie też badałem wyraz jego twarzy, nie było w nim żalu, ani goryczy. Ta wczesna rezygnacja zaciekawiała mię ogromnie.
— Jak pan może tak spokojnie i nawet wesoło mówić o takich rzeczach! — zawołałem. Przecież, jeżeli nie mylę się, nazywa się to złamanem życiem, a złamane życia zawsze okropnie jęczą!
Tym razem nietylko uśmiechnął się, ale zaśmiał się głośno i serdecznie.
— Ależ ja wcale swego życia za złamane nie uważam! Owszem, odkąd jestem w Krasowcach, znajduje się ono w stadjum pełnego kwitnięcia!
— Przecież tylko co słyszałem, że uczuwasz pan pewne braki...
— Naturalnie; ale czy znasz pan człowieka w jakiemkolwiek położeniu, któremuby z żadnej strony niczego nie brakowało?
To pytanie zadając, bystro i uważnie na mnie popatrzył. Spojrzenie to uzupełniało słowa, zdawało się zapytywać: a ty? Czy ci niczego z żadnej strony nie brakuje?
Oj, oj! brakowało! i ze strony najważniejszej, bo tej, po której powinno znajdować się szczęście. Prawda, ale zkądinąd, jeżeli szczęście jest kwiatem mitycznym, lub napojem tylko bogów, to jeżeli można zdobyć sobie takie jego surogaty jak tryumfy miłości własnej, wesołe przepędzanie czasu, rozkosze zmysłów i umysłu, szalonym chyba być trzeba, aby zrzekać się ich zdobywania.
— Zawsze jednak — rzekłem — stokroć lepiej byłoby dla pana, gdybyś zajmował w świecie odpowiedniejsze dla siebie stanowisko.
— To, które zajmuję — odpowiedział — uważam nietylko za odpowiednie, ale niespodziewanie wysokie. Prawdą jest jednak, że przez lat parę pragnąłem i usiłowałem posiąść takie, do jakiego byłem podówczas najlepiej uzdolnionym i najskłonniejszym.