— A to coś zupełnie nowego!
— Jakim sposobem dopełnia tej metamorfozy?
— Takim, że kobieta modnie ubrana jest czasem jak kropla do kropli podobną do zuluski...
— Jezus, Marja! — syknąłem z przerażeniem.
— Ja cię dziś chyba wybiję, Sewerko — zawołała Idalka, wstrząsając białemi piąstkami.
— A ja, w charakterze sędziego, proszę o dowody!
— Zaraz!
Poskoczyła do buduaru. Miała w ruchach żywość młodego dziewczęcia, a ubiór, ten sam co zawczoraj, może też i charakter twarzy czyniły ją zawsze podobną do portretu młodej damy z innej epoki.
W mgnieniu oka powróciła, niosąc jedną z wielkich, od pozłot błyszczących książek, które buduar przyozdabiały. Złożyła ciężar ten na stole, przy którym staliśmy wszyscy troje (bona i filarek ze sceny świata usunęli się już w zacisze domowe) i pochylona nad księgą, karty jej spiesznie przewracać zaczęła.
— Podróż po Afryce — mówiła — są tu pierwowzory... majestatu. Zaraz, zaraz! Oto są... zuluski! Widzisz, Idalko, jakie u nich włosy... z tyłu głowy wydęte, na wierzchu zjeżone... A ta? Czy to ubranie nie spowija jej nóg tak ciasno... ciasno?... Ale jest tu jeszcze jedna ilustracja, najpodobniejsza... zaraz znajdę...