— Czy w stronach pani panują o nas biednych tak błędne wyobrażenia?
Po raz pierwszy dłużej nieco popatrzyła na mnie i zcicha odpowiedziała:
— W moich stronach panują różne wyobrażenia... ale ja wyobrażałam sobie towarzystwo tutejsze wcale... innem.
Zarumieniła się i patrząc wciąż na mnie wielkiemi, zadziwionemi oczami, dodała:
— Dlaczego pan mówi: „o nas biednych?” Wszyscy tu są tak weseli, że jakiejkolwiek biedy domyślać się nawet niepodobna!
Staś i Leon, którzy przed chwilą obok mnie usiedli, wmieszali się do rozmowy.
— Mędrcy utrzymują — wtrącił pierwszy — że dobry humor bywa oznaką dobrego charakteru.
— Pani nie jest zwolenniczką wesołości? — zapytał, drugi.
— Owszem — odpowiedziała i po chwili wahania dokończyła — tylko nie przypuszczałam, aby tu było jej tyle.
Mówiła poprawnie; w sposobie wymawiania wyrazów miała trochę śpiewnego akcentu swojej prowincji i wiele słodyczy. Było w niej przytem uderzające połączenie zmieszania i śmiałości, skromności i nie wiedzieć zkąd dobywającego się blasku. Kilka osób: pań i panów przybliżyło się lub obróciło ku nam. Osoba przybyła ze stron odległych, majętna, młoda, zaciekawia zawsze, tem więcej, jeżeli jest dziwolągiem. Niewidzialny drut telegraficzny, wszystkim już teraz zakomunikował wiadomość, że ten dziwoląg posiada kędyś piękne dobra. Któraś z pań rzuciła pytanie, czy dobra te daleko ztąd położone? Doba podróży, najprzód końmi, potem koleją. Ach, końmi! Więc to nawet nie przy kolei! O, Boże, jakiż zakąt!