— Praca — przerwałem — cnota, ofiara... i różne inne mortyfikacje...
Wyprostowałem się i zesztywniałem, a ona ze spuszczonemi oczyma, bawiąc się fałdą swojej sukni, zapytała jeszcze:
— Jeżeli o tem wiesz, kuzynie, dlaczegoż wszystko to wyrzucasz ze swego pojęcia o cywilizacji?
Byłem zrażony i rozgniewany.
— Dlaczego? — z niedbałością w głosie i postawie powtórzyłem — poprostu: parceque cela me deplâit.
— Co? — zapytała, nie mogąc odrazu mię zrozumieć.
— Widzisz, kuzynko, prawo, któremu najchętniej i najpospoliciej ulegam, zawiera się w dwu formułach: cela me plaît et cela me déplaît!1 Poważam je bardzo, bo jest rękojmią swobodnego i bujnego rozwijania się indywidualizmu.
— Cieszę się — z żywym błyskiem oczu odparła — że głosisz je po francuzku, bo zapobiegnie to może szerokiemu jego rozpowszechnieniu...
Umilkliśmy i siedzieliśmy obok siebie blizcy materją, lecz pokłóceni i roztrąceni duchem, gdy do salonu wróciła Idalka, we drzwiach już mówiąc:
— Zdzisławie, wstań, włóż futro, zejdź ze schodów, wyjdź na ulicę, siądź do dorożki i jedź do swego mieszkania, z którego tu przywieziesz swego Kaina. Zostaniesz u nas na cały wieczór i będziesz nas bawił czytaniem swoich wierszy. Bo wiesz, Sewerko, on jest kawałkiem poety, tłómaczy Byrona... Czy słyszysz, Zdzisiu? Co mu się stało? Co ty mu zrobiłaś, Sewerko?