Opowiedziałem, co wiedziałem: prośbę figury i odmowę Konrada. Ściągnęła brwi. Nigdy jeszcze nie widziałem, aby brwi tak delikatnie zarysowane i tak ładnie złotawe ściągały się w sposób tak pochmurny, aby też na czole tak liljowo białem powstawała taka zmarszczka, nietrwała wprawdzie, lecz głęboka.

— Konrad odmówił — powtórzyła — naturalnie, co go może obchodzić...

— Ależ naturalnie — podchwyciłem — bądź sprawiedliwą, kuzynko, co Konrada obchodzić może młody pan Zwirkiewicz, człowiek obcy...

— Zupełnie obcy — przerwała z kolei — i przytem syn... kamizelki w kolorowe kwiatki.

— Przepraszam cię, kuzynko, syn człowieka, który ma odwagę nosić taką kamizelkę.

— Nie; tylko kamizelki. Bo pod brzydkim tatuażem, nic wcale istnieć nie może.

— Niech i tak będzie, ale pozwól, abym był trochę rycerzem Konrada. Niepodobna mu jest poświęcać się kształceniu młodych panów Zwirkiewiczów, ponieważ musi na wiosnę wyjechać zagranicę.

— Musi — powtórzyła — naturalnie. Tylko uczyniłby dobrze, gdyby przed wyjazdem zapytał jakiej wróżki, czy mu Mirów przez Paryż nie ucieknie tak, że schwytać go napowrót nie będzie mógł nietylko on sam, ale nikt z Donimirskich, ani ze Zwirkiewiczów.

— Ani z Gronowskich... Zdrojowskich... — ciągnąłem.

— Tak — dokończyła — nikt!