Spojrzyj, spojrzyj w okieneczko,

Oj, koniki wrone.

Jedzie, jedzie, kogo żądasz,

Oj, wino zielone!

Nie tutejszy, sokół śliczny,

Oj, koniki wrone!

— Kiedyż nie wrone, ale siwe! — z ręką u wąsa i na pana Władysława zyzując, mruknął Bronek, co miało zapewne oznaczać, że «facet», na którego zyzował, siwymi końmi jeździ. Na szczęście, nikt docinku tego nie usłyszał; wszyscy słuchali śpiewu Elżbietki i oczy mieli podniesione ku dymowi, który od ogniska wciąż płynął i płynął nad rzeką, most nadpowietrzny nad nią zawieszał i w borze przepadał.

Nagle, w pobliżu ogniska rozległ się wykrzyk głośny, przerażeniem i boleścią brzmiący:

— Rosa!

Wydał go pan Teofil, przyczem wysoki, cienki i przygarbiony porwał się z ziemi, raczej z pledu, i ręce rozkładając, o wszelkich względach zapominając, przez jeden tylko instynkt samoobrończy unoszony, mówić zaczął: