Ale Marcin protestował.

— Żeby jeszcze spadł z noszy i na dół stoczył się! Z takiej stromej góry znosić! Na drogę trzeba... przez pole!...

— Umarł? — z rękoma przy głowie krzyknęła panna Janina.

— Żyje! zemdlał tylko! żyje! Trzeba prędzej do domu z nim i po doktora! Skoczę zobaczyć, czy przez jar można?

Nosze spoczęły na ziemi, ekonom skoczył w jar dla obejrzenia drogi, a panna Janina, trzymając w mocno ściśniętem ręku klapę Marcinowego surduta, głosem dziwnym, bo więznącym w gardle, ochrypłym, z oczyma szklano w starego sługę wlepionemi, zapytywała:

— Co to... Jakto... Żyje? pewno żyje?

Marcin z irytacyą głową wstrząsał.

— Żyje, panienko... tylko jakeśmy na nosze go kładli, zemdlał! Bo i co to za robota! Kto tak robi! Do chaty, co już cała w ogniu stała, po jakieś pieniądze chłopskie wskoczył! Wielka rzecz, że baby lamentowały: »hrosze! hrosze! « i za kolana go schwyciły... Niechby lepiej te hrosze dyabli wzięli! Nie! czysto jak waryat, skoczył... jakaś deska załamała się mu pod nogami, rękoma chwycił za palącą się belkę i żeby nie pan Kazik i Dziurdziewicz, co go w pół porwali i z ognia wyciągnęli, jużby... garść popiołu... Ej! co to za robota! Jakie to panicze teraźniejsze! Niech im Bóg przenajświętszy bło... błogosławi...

Tu dym tak mocno zagryzł Marcina w oczy, że rękę ze srebrnym pierścionkiem na palcu w kułak złożył i począł nią sobie łzy ocierać, a panna Janina, nad noszami pochylona, głosem, który wśród łkań drgał jak przez wichry miotany trel słowiczy, powtarzała:

— Panie Bronisławie! panie Bronisławie!