Du — du — du,
Mleczko doić.
Du — du — du,
Na co mleczko?
Du — du — du,
Pastuszki poić!...
*
Stanęliśmy w bramie dworu. Dom wiejski nizki, długi, z dachem gontowym, z szeregiem okien, w których gdzieniegdzie żarzą się purpurowe ogniska świateł, z czterema słupami ganku, gorejącymi w złocie. Stare lipy ogrodu goreją także w ciemnej zieleni gałęźmi pożółkłemi, a pośrodku dziedzińca, u stóp wiązu poplamionego słomianą żółtością, mały sumak zaczerwienił się tak jaskrawo, że wygląda jak biblijny krzak gorejący. U początku ogrodu astry, skabiozy, nikotyony, floksy ścielą się u stóp drzew zagonem tak długim, że to ukazuje się pośród nich, to za niemi znika, błyskając pstrocizną barw, którym, jak echa napowietrzne, odpowiadają te, które zapaliły się na drzewach.
Za dworem, zdaje się, że tuż, tuż, bo istotnie blizko, o wiorstę niespełna, jednak za jarem głębokim, nad samem urwiskiem jaru, widać szereg chat szarych, wioskę chłopską. U stóp wioski, po ścianach jaru, pełno brzóz, czepiających się po załomach twardych i krzaków berberysowych, kalinowych, głogowych, wśród których białą siecią wiją się ścieżki pionowo i poziomo wydeptane na urwiskach przez ludzi i zwierzęta. Spodem gąszczu liściastego, na dnie jaru płynie strumień tak wązki, że z łatwością przeskoczyć go można, lecz w drodze, pod sklepieniem gałęzi brzozowych, w spowiciu chmielów dzikich spotyka się z rozsypaną gromadką różowatych kamieni i, przepływając po nich, szemrze, klekoce, śmieje się, czasem dzwoni. Czasem, na dnie odzywa się dźwięk metaliczny, podobny do tego, jaki wydaje struna targnięta i wnet opuszczona; jeden, drugi, trzeci, szybko następują po sobie, gonić się zdają i jest to jakby dzwonienie oddalone, srebrne, śpieszne. Nigdy przecież nie trwa długo, milknie i strumyk znowu szemrze, z lekka klekocąc.
Za jarem, w pobliżu wsi, nieco dalej w głąb widnokręgu, na płachcie żółtego piasku, w nizkiej sośnince, cmentarz z mnóstwem krzyżów nierównego wzrostu, które wznoszą się nad sośninkę, czarne na tle błękitnego nieba.