Wyrwał lejce z rąk syna i, chcąc uczynić całkiem przeciwnie temu, jak uczynił tamten, konia na prawo skręcił.
— Nie tak! — z sań swoich krzyknął Stepan.
— Tak! nibójś, tak! — odkrzyknął mu Piotr i jechał znowu dopóty, dopóki koń Piotra nie zagłębił się po kolana w jakimś rowie.
— Aaa! — zadziwił się chłop — taki znów nie tak pojechali!
I z niewielką trudnością, wołaniem i ściąganiem lejców wyrwawszy z rowu tęgiego konika, zawrócił nazad. Dwoje sań innych zawróciło także, ale w ten sposób, że Szymon teraz znalazł się na przedzie. Jechali i jechali, aż znowu Stepan, z sań swoich do Piotra krzyknął:
— Znów Pryhorki!
— Pfu! zgiń, przepadnij nieczysta siło! — splunął Piotr i na Szymona zawołał.
— Skręć nazad!
— Naszto mnie nazad, kiedy tak dobrze! — odpowiedział nowy przewodnik.
— Może i dobrze! czy ja wiem — mruknął Piotr.