VI
Zima nadeszła wczesna i ostra. W ostatnich dniach Listopada, mróz ściął już ziemię w twarde bruzdy i śnieg przysypał ją białym pyłem. Wieczorne niebo usiane było mnóztwem gwiazd, kiedy drogą, wiodącą z najbliższego miasteczka, do Suchéj Doliny, szli ku wiosce dwaj chłopi. Obaj byli nie wysokiego wzrostu, ale jeden szczególniéj mógł się nazwać zupełnie nizkim; w kożuchach baranich, czapkach i skrzypiących butach, szli oni, to powolnym i trochę chwiejnym, to znowu prędkim i zamaszystym krokiem, bardzo głośno ze sobą rozmawiając i zawzięcie rozmachując rękoma. Nie byli zupełnie trzeźwi. Grube ich głosy rozchodziły się daleko, a wtórował im głośny także i nierówny tentent ich stąpań. Ze słow, które wyraźnie i donośnie brzmiały w cichéj i mroźnéj przestrzeni, wnieść było można, że wracali z miasteczka, gdzie obadwaj stawali przed sądem pokoju.
— Mirowy każe (Sędzia pokoju mówi) sztraf za heto drzewo zapłacisz... — mówił jeden, a drugi, nie słuchając towarzysza, jednocześnie prawił:
— Dług święta rzecz, każe, zapłacić nużno.
— Drzewo, każe, ściął w pańskim lesie, sześć sztuk ściął, każe, za każde sztukę po rublu sztrafu zapłacisz...
— A kiedy długu nie zapłacisz, każe, ziemię opiszą, ta, sprzedadzą... Nie sprzedadzą, mówię, bo jeszcze nie wykupiona, znaczy, od rządu nie wykupiona...
Teraz drugi zaczynał.
— A ja do mirowego zjazdu.. do Chackiela poszedł i kazał jemu prośbę do mirowego zjazdu pisać... Pisz, mówię, hapelacju, żebym ja tego sztrafu nie zapłacił...
Piérwszy swoje daléj prawił:
— Ja do starszyny!... A co z tego będzie?... u żyda zadłużył się i u innych ludzi zadłużył się, i teraz oni na mnie do sądu podają, a sąd płacić każe, a ziemia nie wykupiona, znaczy, od rządu nie wykupiona i przedać jéj nie można... Żyd niedowiarek, podła jego dusza, pyta się zaraz: a wiele za napisanie dasz? Zołotouku dam, mówię, piszy! A on mnie w oczy patrząc, śmieje się... Rubla dasz! mówi. Nie dam, mówię, dalibóg nie dam... dwa złote dam... A on: rubla dasz... I obiecał, dalibóg obiecał rubla... Kab jego czorci...