— Patrz! Patrz!
Wtedy i on krzyknął także:
— Stefan Niegirycz! Kto? Skąd? Gdzie?
A ja z dławiącymi się w gardle wołaniami:
— Gdzie? Gdzie? Gdzie? — biegłam do kuchni, w której zapewne była ta dziewczynka. Brat szedł za mną.
Dziewczynka nieduża, podlotek chudy i blady jak głód, suszyła przy kuchennym piecu swe zmokłe od deszczu łachmany. Przez dwoje naraz ludzi z wielkim gwałtem zapytywana, zalękła, ledwie mogła odpowiadać.
— Niemy tracz prosił... zanieść... przed śmiercią...
— Umarł?
— Czy ja wiem? Gadali, że zaraz umrze...
— Więc jeszcze żyje?