Był już przy drzwiach. Zatrzymał się jeszcze.
— Bądź zdrów! — powtórzył.
A potem przez okrągłe okienko we drzwiach:
— Atwarit’!
Ale mniej jakoś głośno i twardo niż zwykle.
Z łatwością otrzymał trzydniowy urlop i u końca dopiero dnia trzeciego do miasteczka powrócił. Zaraz poszedł do wysoko postawionego przyjaciela.
— Dokuczam ci ja, gołubczyk, ale to już ostatni raz... Potem nigdy już nie będę. Cóż z tym wezwaniem mego plemiannika do komisji? kiedy?
— Jutro wieczorem!
Radość błysnęła mu w oczach.
— Wieczorem! To dobrze, dobrze!