Wkrótce po obiedzie Julek braci młodszych zawołał, aby z nim na przechadzkę w pole poszli. Chłopcom, gdy usłyszeli to wołanie, aż oczy zabłyszczały i Olek nagle jak piwonia zaczerwieniony do Janka szepnął:
— Może nam co ważnego powie, może na koniec przekonał się, że my nie... bębny i przynajmniej wiedzieć o wszystkim powinniśmy.
A Janek z przybladłą nieco twarzą wyprostował się i odpowiedział:
— Może powie, abym z nim szedł...
Olek zatrząsł się cały.
— A ja? A ja? A ja?
Starszy z uczuciem wyższości zrazu na młodszego spojrzał, ale potem coś tkliwego zaświeciło mu w oczach i ruchem opiekuńczym, niemal ojcowskim dłoń swą szczupłą i nerwową na głowie Olka położył.
— Bądź spokojny, Olek, ja cię nie opuszczę... ja jemu powiem, że albo my obaj z nim, albo... bez niego!
Olek uczynił z ramion dwa łuki nad głową rozwarte i wysoko nad ziemię dwa razy podskoczył.
Zza węgła domu Julek zawołał: