Zbliżyła się. Spali. Janek oddychał równo i cicho, Olek głośno sapał i z lekka pochrapywał. Pochylona patrzyła na ich niewyraźnie rysujące się twarze, słuchała ich sennych oddechów, aż na zmącone i zmartwione dziś rysy wypływać począł uśmiech.

— Robaki moje! Brylanty! Skarby moje — głośnym szeptem wymówiła i powolnym gestem nad głowami chłopców znak krzyża uczyniwszy, spokojniejszym już krokiem ku domowi odeszła. W myśli jej przez odjazd Julka wzburzonej i rozwichrzonej porządkować się, rozwidniać znowu zaczęło! Cóż? Tamtego nie ma, ale te są... Są i będą. Robaki jeszcze małe. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... Jeszcze pięć brylantów, pięć skarbów pozostało przy niej! Szła do izdebki, w której Inka wespół z małymi siostrami sypiała.

A gdy zamknęły się za nią drzwi domu, Janek i Olek żywym ruchem na swych pościołkach pod lipą usiedli.

— Słyszałeś? — zapytał starszy.

— Aha! Myślała, że śpimy, i mówiła: „Brylanty, skarby moje!” a potem...

— Przeżegnała nas! Błogosławiła... Jednak, wiesz... Olek...

I zamilkł.

— Co, Janku?

— Ej, nic! Tak sobie tylko pomyślałem...

— Co pomyślałeś?