— Za to leśnicy są, tylko że żadnego spotkać jakoś nie możemy; dlatego pewno, że prawie wszyscy w partii.
— Szczęśliwi!
— Aha! Im nikt nie bronił. Owszem, wołali ich, ułatwiali.
I znowu: co tu robić? W którą stronę iść, w którą nie iść!
Na pociechę czy dla uspokojenia pistolety zza odzieży powyjmowali i długo oglądali je ze stron wszystkich.
— Śliczne — zadecydował Olek.
— Co tam, że śliczne! Ważne to, że doskonale niosą...
— Uhu! Jak to ja wtedy do tej wiewiórki trafiłem...
W lesie, daleko od leszczynkowego dworku po wielekroć już broni tej próbowali pukając z niej i pukając. Olek raz wiewiórkę zabił. Naboi też wydali na to sporo, lecz mieli przy sobie zapas ich jeszcze znaczny.
— A scyzoryki?