Teraz otaczały ich sosny wyniosłe, wyniosłe, bardzo rzadko rozstawione. Wspaniałą kolumnadą stały na podścielisku gładkim, tak jak najgładsza posadzka gładkim i od opadłego igliwia płowo lśniącym.
Płowo lśniła gładka posadzka lasu pod ukośnie kładącymi się na nią smugami słonecznego światła, a głowice kolumn szeroko rozpostartymi koronami gałęzi zdawały się wpierać w błękitne niebo. Cisza tu panowała.
Po ciszy głębokiej, czystej, wonnej, wśród rzadko rozstawionych na płowo lśniącej posadzce kolumn złotawych, toczyły się niezbyt oddalone, dość nawet bliskie grzmoty... Grzmoty strzelania zbiorowego. A pomiędzy nimi, w przestankach krótkich, stuki strzałów pojedynczych.
— Bitwa! — zaszeptał Janek.
— Bi... bi... bit...
Olkowi oddech marł w piersi, nie mógł wyrazu dokończyć.
— Blisko gdzieś!
— Blisko.
— Lećmy!
Porwali się z ziemi, znowu biec zaczęli i niedużą przestrzeń przebiegłszy znowu na ziemię upadli.