Teraz on obie ręce jej w dłonie swe ujął i mocno je ściskał.
— Raniony ciężko...
Pani Teresa szeroko otworzonymi oczyma patrzała mu w twarz, która pod jej wejrzeniem w otoczeniu ciemnego zarostu bladła. I oczy męskie, znużone powlekły się szkliwem.
Po izbie rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk:
— Zabity!
Zaprzeczenia nie było.
Wyrwała ręce z rąk Orszaka i przez izbę szła, nie wiedzieć w jakim celu ku drzwiom izdebki swojej, oczyma suchymi, z ustami rozwartymi szła, aż w pobliżu drzwi tych na ziemię upadła. Teraz to już nie oparła się mocy wewnętrznej i nawet o opieraniu się jej nie pomyślała. Runęła jak długa z ramionami rozkrzyżowanymi, z palcami tak wpitymi w deskę grubej podłogi, jakby jej w niej pogrążać, jakby ją nimi rozdzierać usiłowała. Głowa jej czołem o podłogę uderzyła i potem nieruchomą pozostała, a tylko z piersi dobywać się począł dźwięk bez słów, nieustanny, dziwny, do tego podobny, jaki wydaje czasem nad rozłogami białych śniegów wyjący wiatr zimowy...
Orszak do Inki mówił:
— Odjeżdżam... muszę. Za godzinę najdalej przyjedzie tu żona moja, którą matka pani poważa i kocha, a tędy do miasteczka przejeżdżać będzie, bo... brat jej uwięziony...
Obfitymi łzami oblana była teraz twarz Inki, gdy dokoła matki na ziemi leżącej biegała, prosząc, modląc się prawie, aby wstała, usiadła, rozpaczać przestała. Sama w tej chwili uczuła ból i przerażenie. Serce jej uszka trochę pokazało. Julek zabity! Julek nie żyje! Julka już nigdy nie zobaczy! Na chwilę znikła sobie z oczu i serca. Deszczem łez płacząc, co czynić, nie wiedząc, biegała wciąż dokoła rozciągniętej na ziemi matki, schylając się nad nią, dotykając jej, prosząc...