— Ciężko?
— Pewno nie, bo ot tu!
Na ramieniu swym ukazał miejsce, gdzie odzież chłopca miała czerwoną plamę.
— Wyzdrowieje... Bóg da... Ale to detyna... kiedy boli, to matki woła... i Janek bardzo płakał...
— Robaki! Skarby moje! Teleżuk! Konie zakładaj! Inka, składaj rzeczy!
Wtem dwie drobne istotki przez Teleżukową do izby wepchnięte, dwa cienkie, żałosne czegoś głosiki:
— Mamciu! Matuchno! Mamusiu!
Wszystkimi czterema łapkami uczepiły się szyi matki i do twarzy jej drobne głowy przytulając, z jednej strony ciemnymi, z drugiej jasnymi jak len włosami ocierały potoki lejących się po niej łez.
V
W miasteczku powiatowym szła do mieszkania dostojnika, przewodniczącego komisji sądowej, z prośbą o pozwolenie widywania się z synami uwięzionymi i wyglądała dziwnie. Na tle ulicy małomiasteczkowej, ale szerokiej i ludnej, niskimi domostwami ostawionej, ale różnorodnych typów i strojów ludzkich pełnej, wyglądała dziwnie.