Wysoki, wytworny kniaź, oczu z niej nie spuszczając, półsłówkami odpowiadał. Widoczne było, że zadziwiała go i może po trochu bawiła. Ta twarz tragiczna, nad tą co moment przekrzywiającą się kokardą czerwoną, ta głowa śmiało podniesiona, z oczyma oszklonymi powstrzymywaną z całej siły łzą... Przypatrywał się jej, mówić pozwalał.

Mowę jej rozumiał. Dwoma różnymi językami rozmawiali ze sobą, ale rozumieli się wzajemnie. Ramiona krzyżując na piersi i mrużąc z lekka swe południowe oczy mówił:

— Młodszym synom nie dawaliście broni, sami wzięli, ale starszemu daliście ją... bo dla starszego to nie było głupstwo... co? cha, cha, cha!

Śmiał się z lekka, niezbyt złośliwie, owszem, lekkomyślnie raczej i lekceważąco. W jej oczach łzy jak na zaklęcie nagle osychały. Ze spuszczoną twarzą, ponuro i krótko rzekła:

— Sam wziął, nie broniłam!

— I źle zrobiliście! — żartował jeszcze kniaź. — Ot, i zginął starszy syn wasz...

Podniosła głowę i przerwała:

— Za dobrą sprawę, za świę...

I nie mogła dokończyć wyrazu, bo połknięte łkanie gardło jej zdławiło.

Kniaź odwrócił się i urzędowym tonem zapytał, po co dziś przyszła i czego od niego żądała.