— Hekuba!
Młodziutki głosik jakiś zapytał:
— Co to Hekuba?
A ten sam co wprzódy wyjaśniać począł:
— Priama, trojańskiego króla żona, która u zwalisk Troi z żalu po synach pobitych i córkach porwanych...
Ktoś inny przerwał:
— Przecież pani Teresa synów tylko... a córki...
Inne głosy mówić, szeptać zaczęły:
— Kto wie? Kto wie? Kto wie, co stać się może z córką jej... Iną?
Z Iną działy się rzeczy niezwykłe, dla których rozpoznania pani Teresa nie miała dość czasu i swobodnej myśli, lecz które sprawiały na niej wrażenie mętnego, niewyraźnego, snującego się dokoła niej widma. Niby nic; żadnego widocznego objawu nieszczęścia, ale jakiś gorzki oddech, który zbliżanie się jego zapowiada. Coś nieokreślonego a dokuczającego powtarzającymi się wciąż ukłuciami w serce. Coś, czemu zapobiec i czego odpierać niepodobna, bo nie ma wyraźnej przyczyny i nazwy, co jednak jest, nadchodzi, czyha, wyziewa z siebie wonie trucizny i pierwsze błyskawice burzy.