Gdy na zakręcie drogi znikły — odeszła.
Nie biegła, nie pędziła; szła powoli z piersią ciężko dyszącą, z plecami po raz pierwszy w życiu przygarbionymi.
Nic dokoła nie widziała, nie słyszała, o niczym nie myślała. Dusza jej krwawym gwoździem przybita do tych małych, bladych twarzy, które tylko co w oddaleniu sprzed oczu jej znikły, wlokła się za nimi cała, wsuwała się pomiędzy otaczające je bagnety, kreśliła nad nimi obronne i opiekuńcze krzyże, całowała, żegnała spłakane oczy Olka, jak płótno zbielałe, lecz hardo zaciśnięte usta Janka.
Na kształt ranionego zwierza, który instynktem gnany czołga się ku legowisku swemu, aby paść na nie i skomląc z bólu ranę swoją lizać, pełzała raczej niż szła ku swej najętej, mizernej izdebce...
Tu, na drzwi izdebki spojrzawszy, przypomniała sobie.
„A Inka?”
Gdzie jest Inka? Miała wnet za nią przybiec do więzienia i ostatnie godziny te spędzić z braćmi, a tylko na chwilę czegoś jeszcze do miasteczka...
— Zaraz przybiegnę, mamciu, zaraz przybiegnę...
Miała kapelusz na głowie, w ręku parasolkę, na policzkach rumieńce silne i w oczach łzy...
— Niech mamcia idzie, ja zaraz przybiegnę...