— Czernickiej! Czernickiej! — powtarza za mną chór kilku głosów, a inne wołają:
— Czernisi! Czernisi na ratunek zawołać!
Żona to nadleśnego, w oficynie mieszkająca z mężem i z synem jedynakiem, którzy obaj do partii iść mają. O, ta na wszystkim zna się! Gdy idzie o gospodarstwo i wszelkie inne takie rzeczy, wszystko robić umie i robi gorliwie, sumiennie.
Wchodzi. Wysoka taka, że my przy niej liliputki, a taka od góry do dołu cienka i równa, że nić gładko wyprzędzioną przypomina. U szczytu główka mała, z małą twarzyczką żółtą i małymi oczkami czarnymi, a z tyłu głowy ubożuchny warkoczyk, spiralną linią sterczący nad włosami, tak wygładzonymi i błyszczącymi, że zdaje się być bardzo obcisłym czepeczkiem z czarnego atłasu. Czarną suknię na sobie ma i na czole pod czarnym atłasem włosów zmarszczki bardzo sympatyczne, bo o jakichś poczciwych troskach i trudach opowiadające, wyraźnie opowiadające.
Ciekawie na nas i na robotę naszą spogląda i wezwaniem uradowana, z uśmiechem kłania się na wszystkie strony. A z naszej strony zgiełk wykrzykników:
— Czernisiu, ratuj! Oto baranki!... Sto konfederatek uszyć! Zmiłuj się, zrób tak, aby wystarczyło! Popatrz, pomiarkuj, wymierz, skrój!
Patrzała, miarkowała, na wszystkie strony baranki obracała milcząc. Zły znak, że milczy. Żaden Grek w obraz Pytii trwożniejszego wzroku nie wlepiał, niż nasz był w tej chwili.
— Cóż? Jak pani Czernicka o tym myśli?
— Co myślisz, Czernisiu?
A ona z zastanowieniem i tonem uroczystym odpowiada: