A potem zawołał:
— Chodźmy! Nie! Jedźmy! Prędzej!
Jadąc trzymałam na kolanach chudą dziewczynkę, która wskazywała drogę. Wkrótce przybyliśmy do miejsca, od którego jechanie stało się niepodobne i puściliśmy się pieszo, biegiem spiesznym, w gęstym już zmierzchu, przez labirynt uliczek, podwórek, ruder, płotów, śmietnisk, aż przewodniczka nasza zawołała:
— Tu! Tu!
I we wnętrzu niskiej chałupy zniknęła.
Mała izdebka z ciemnymi ścianami i w świetle nędznej lampki, mętnie majaczące postacie ludzkie, z których jedna ujrzawszy nas wchodzących, stłumionym głosem rzekła:
— Już! Już!
W tym nawet siedlisku nędzy można było po uciszonych postaciach i głosach rozpoznać, że śmierć już tu jest; ktoś milczącym gestem wskazał zamknięte, niskie drzwiczki.
Prosiłam brata, aby na chwilę tu pozostał, bo chcę być sama jedna...
Otworzyłam niskie drzwiczki i cicho je za sobą zamknęłam.