A mąż jej grubym basem i ohydną francuszczyzną huczał:
— Mie wo tard ke jamais! Szakiun truf son szaken!
Pan January ucieszony uciechą żony, która zanosiła się od śmiechu, trochę gapiowato, bo bez rzeczywistej ochoty zapytywał:
— Jakże to było? Jakże to było?
— Jak było? — powtórzyła pani Januarowa i ślicznymi rączkami odpowiednie gesty robiąc prawiła:
— Poetycznie, idealnie... o zachodzie słońca, w kasztanowej alei... pomiędzy młodymi listkami przechadzała się młoda para...
— Młoda, to prawda! Il fo ke la żenes se pas!
— Żeby tylko od tego wieczornego spaceru katarów nie podostawali!
— Fi! Katar i miłość! Niedobrana para!
— I pomiędzy ludźmi bywają pary niedobrane!